czwartek, 7 lipca 2016

Letnie obrazy





Długo mnie już tu nie było na tej wirtualnej prowincji. Czas biegnie jak oszalały. Chociaż nie, mówią, że on cały czas biegnie tak samo, swoim tempem, tylko dlaczego w takim bądź razie nie możemy za nim nadążyć?












Moja Hera dalej nie lubi zdjęć. Poluje za to na bąki :)








Moja prowincja już dawno wybuchła kolorami, zapachami, letnim wiatrem i słońcem, które nawet dało zamknąć się w słoiczkach, żeby zimą osłodzić chłodne klimaty. 
Dużo książek do czytania, dużo patronatów medialnych, dużo, dużo, dużo. 




Moja wygrana w audycji radiowej Radia PiK "Top Jazz". Wspaniała nagroda :)



Wypad do Minikowa :) Radość chłopaków ogromna!








































<iframe width="854" height="480" src="https://www.youtube.com/embed/5in2_2DKHRE" frameborder="0" allowfullscreen></iframe>





środa, 3 lutego 2016

A mnie się marzy już wiosna....














....tak zwyczajnie i w sercu, i w duszy. Nic dziwnego, wszak pogoda robi też swoje. Nie rozpieszcza zimowym pejzażem, a jeśli już, to rzuci słupkiem termometra w dół, aż chrzęści pod stopami. Wiem, że niektórzy twardą stoją przy swoim, że jak już zima, to musi być mróz, bo robactwo, a szczególnie kleszcze wymarzają. Ja to wszystko rozumiem. Ale nie lubię mrozów i tyle. A zima, jak każda inna pora roku. Przyjdzie, to i odejdzie :)



Słucham właśnie:



<iframe width="854" height="480" src="https://www.youtube.com/embed/qviSMvHNUR8" frameborder="0" allowfullscreen></iframe>

https://www.youtube.com/watch?v=qviSMvHNUR8




Wierzę, że miłośnicy Jazzu, staną obok mnie i pokochają ten utwór tak samo, jak ja.


Piękna piosenka. Swoją drogą, nie wiedziałam, że taki Matt Dusk ma imponująco podobny głos do Sinatry. Matko! Głos ma bajeczny i magiczny :)

W ogóle jazz jest boską muzyką. Wiem, nie odkryłam Ameryki, ale ciągle coś odkrywam, ciągle się czymś zachwycam. Chociaż nie mogę pominąć chwil zwątpienia, które ostatnio mnie nachodzą. Mam momenty, że chce mi się usiąść i zwyczajnie ryczeć. Ale wiem, że nie mogę, bo nie mogę narzekać. 

W chwilach takich, jak te, kiedy mam ochotę rzucić wszystko w diabły, bo od piętrzących się wątpliwości i rzucanych w przestrzeń pytań niczego mi nie przybywa. Ciągle mam wrażenie, że czegoś brakuje moim działaniom, tylko czego? Wątpliwości rosną, pytania okalają szyję i ciągle mam pustkę w głowie. A może ja faktycznie za głupia jestem na to wszystko? 

Dobra dość

















czwartek, 21 stycznia 2016

21 i 22 styczeń, Dzień Babci i Dziadka.

Wpis łączony. Babia i Dziadek. Dwie ważne istoty w Naszym życiu. Ciągle utwierdzam się w przekonaniu, że moi synowie to mają jednak naprawdę wspaniałych Dziadków. Ja takich nie miałam. Niestety.










Babcia i dziadek, to po rodzicach najbliższe osoby dla dzieci. Często już w dorosłym życiu, sięgając do wspomnień z dzieciństwa, przywołujemy obraz babci: jej uśmiechniętą i kochającą twarz, jej ręce zawsze gotowe, aby nas pogłaskać, przytulić i pomóc...

Jako dzieci w różnych sytuacjach zwracaliśmy się o pomoc właśnie do niej! Często chroniliśmy się pod opiekuńcze skrzydła dziadków, gdy rodzice chcieli nam wymierzyć, nawet zasłużoną, karę. 





Nie umiemy sobie wyobrazić naszego dzieciństwa i późniejszych lat życia bez babcinej obecności. Pamiętamy o nich wszystkich, zarówno o tych babciach, których już nie ma z nami, jak i o tych, które jeszcze nam towarzyszą. I mimo podeszłego wieku i chorób, zawsze mają dla nas uśmiech i są skłonne do pomocy.

To dla nich ustanowiono specjalne święto – Dzień Babci – pozwalające przekazać im nasze podziękowania, radość i życzliwość.

Święto babci obchodzone jest na całym świecie, lecz w różnych terminach. Często znane jest po prostu jako Święto Dziadków.

Święto Babci pojawiło się w polskich kalendarzach około trzydzieści lat temu i corocznie jest równie uroczyście obchodzone. Babcie otrzymują od wnuków kwiaty, życzenia i laurki. Często uroczystości te odbywają się w szerszym gronie rodzinnym.

Uroczystości organizowane są również w przedszkolach, szkołach, a na specjalnych akademiach, w których biorą udział zaproszeni dziadkowie, dzieci przedstawiają różne scenki, deklamują wierszyki i śpiewają piosenki przeznaczone dla ukochanych babć. Obchody organizowane są również przez kościoły, stowarzyszenia seniorów, Ośrodki Pomocy Społecznej, domy spokojnej starości.






Święto Babci na świecie.

Obchody Narodowego Święta Dziadków Ameryka zawdzięcza Marian McQuade z zachodniej Wirginii, która wychowała piętnaścioro dzieci i doczekała się czterdziestu wnucząt. Zainteresowana losem osób starszych, często samotnych lub przebywających w domach opieki oraz jako dowód wdzięczności dla nich za trud poniesiony w wychowywaniu wnuków, podjęła stosowne kroki.

Najpierw dotarła do prezydenta Nixona i w 1972 roku ustanowiony został Narodowy Dzień Niepełnosprawnych. Rok później w zachodniej Wirginii włączono do obchodów Dzień Dziadków. Po zatwierdzeniu przez Kongres w 1978 roku i podpisaniu proklamacji przez prezydenta Cartera, Dzień Dziadków został oficjalnie uchwalony Narodowym Dniem Dziadków i obchodzony w pierwszą niedzielę po święcie Pracy. Kanada obchodzi to święto od 1995 roku. 

W innych krajach na świecie obchodzone jest różnie. Niektóre kraje obchodzą Dzień Babci, na przykład 20 stycznia – Bułgaria, 11 lutego – Wielka Brytania, w pierwszą niedzielę marca – Francja, w czerwcu – Meksyk, 26 lipca – Brazylia, a 2 października – Włochy. W Japonii nie obchodzi się oddzielnie dnia babci ani dziadka, tylko Dzień Szacunku dla Wieku, a święto to wypada we wrześniu w trzeci poniedziałek miesiąca. Obchodzone było ono od 1966 roku, kiedy znane było jako Dzień Staruszków. Obecna nazwa wprowadzona została w 2003 roku.

Wszystkie święta obchodzone na świecie, niezależnie od terminu i nazwy, mają tylko jeden cel – są po to, aby złożyć wyrazy szacunku, podziękowania i ukazać miłość dla ukochanych babć i dziadków. 

Niewiele się o nich mówi, a ich bezcenna pomoc jest jak łyk powietrza dla zapracowanych młodszych wiekiem ludzi. Nie zapominajmy o nich, bo to dzięki nim jesteśmy na tym świecie i w pewnych momentach trzeba im po prostu pomóc, mimo że głośno o tę pomoc nie proszą.




















sobota, 16 stycznia 2016

Espace. Miejsca. II.



Całość dotychczasowa. Z lekkimi poprawkami i ciągiem dalszym.

Myślicie, że to ma sens?



Źródło: Internet.

Trzask, a potem łaskotanie po policzku obudziło Zeldę w samym środku nocy. Otworzyła oczy. Spojrzała na zegarek. Pokazywał trzecią trzydzieści. Półmrok wypełniał pokój. Usiadła na łóżku. Serce biło jej jak oszalałe. Co wyrwało ją ze snu? Sięgnęła po szklankę z wodą, stojącą tuż przy zegarku na nocnej szafce. Upiła łyk. Lekko poderwała się z łóżka i nałożyła szlafrok. Podeszła do okna. Omiotła rozespanym spojrzeniem szczyty szarych blokowisk, otaczających ich posiadłość. Spokój panował na podwórzu i wokół domu, w paryskiej dzielnicy Le Marais. Wpatrzona w gwieździste niebo, na którym księżyc rozświetlał swą poświatą coś wyrwało ją z zamyślenia. 

Nie wierzyła własnym oczom. W szybę delikatnie palcami stukał Joel. Jej ukochany. Uśmiechał się do niej. Kiwnęła mu i żwawym krokiem, ale na palcach, by nikt jej nie usłyszał, ruszyła do drzwi. Cicho nacisnęła klamkę. W holu nałożyła mokasyny, przekręciła klucz od drzwi wyjściowych i nim je uchyliła, poprawiła mocno przyprószone siwizną włosy. Zanim jednak wyszła, wystawiła głowę i upewniła się, że Joel jeszcze stoi w miejscu, w którym go widziała. Był. Czekał na nią, uśmiechnięty, taki elegancki, pachnący najdroższymi perfumami, które czuć było z daleka. Wiedział jak się nosić. Zawsze dbał o siebie i swój wizerunek. Narzuciła kurtkę, stanęła na progu. Ruszył ku niej. 


 - Joel. Nareszcie jesteś. Już myślałam, że o mnie zapomniałeś, że już mnie nie...... - szepnęła z nutą rzewności w głosie. 


- Ci.....jestem najdroższa – przerwał jej, przykładając palec do ust. - Jestem. Nigdy o tobie nie zapomniałem, zawsze pamiętam i pamiętać będę – szepnął półgłosem. - Tylko teraz, musimy już iść – złapał ją za rękę i skierowali się w stonę furtki. 


- Ale....może ja powinnam jakoś inaczej się ubrać, co? Joel? - chciała się cofnąć, gdy znaleźli się już na chodniku, przed domem. 


- Nie, nie....nie trzeba....Trzeba iść, bo oni... - przerwał i ściszył głos jeszcze o ton. - Bo oni, najdroższa będą na pewno szukać i mogą nas znaleźć – ścisnął jej dłoń jeszcze mocniej. - O tym pomyślimy później. A teraz chodźmy, mój papo czeka na nas. 

Zanim ruszyli, Zelda spojrzała jeszcze na dom, z którego przed chwilą wyszła. Wydawał jej się teraz taki obcy, pusty i obojętny. A potem poszli. Razem, trzymając się za rękę, a księżyc oświecał im drogę. 


Źródło: Internet.


***

Wyjątkowo niespokojnie spał tej nocy Frydman. Śniły mu się koszmary. Miał wrażenie, że słyszał jakieś głosy przez sen, ale powieki miał tak ciężkie, że nie chciało mu się ich otwierać. Teraz zaś czuł, że poranne słońce przedziera się w szczelinie między zasłonami. Otworzył, najpierw jedno, potem drugie oko. Nie mylił się. Ziewnął. Odwrócił głowę w stronę żony. Hm...Zelda już nie spała? Pewnie poszła zaparzyć kawę. Jak zawsze o poranku. Uspokajał się w myślach.

Wstał, założył podomkę i ruszył do kuchni. 


- O, tatku, wstałeś już – słowa córki wyrwały go z zamyślenia. - A mama jeszcze śpi? Może to i dobrze, słyszałam, że któreś z was chodziło po pokoju w nocy. Mniemam, że to mamcia? – spojrzała pytająco na ojca znad kubka z kawą. - Nie schodziłam na dół, bo byłam za mocno zmęczona wczorajszymi poprawkami, jakie wskazał wydawca, a potem kroki ustały, więc zapewne położyła się z powrotem. A ja padłam. Tak mi się chciało spać – wstała i nalała ojcu kawy. - Tylko martwię się, bo zastałam drzwi wejściowe niedomknięte. Hm.....może Jonasz, jak wychodził do pracy nie zamknął dobrze. A ty, jak się czujesz, tatku? - zapytała z troską w oczach córka. 

Frydman, jakby wyrwany z letargu, ze zdziwieniem spojrzał na córkę: 


- Jak to, śpi? Zeldy nie ma już w łóżku. 


- No co ty, tatku?....może jest w łazience – i podeszli oboje pod drzwi łazienki. 


- Zeldo jesteś tam? - zapukał delikatnie. - Zeldo? 


- Mamuś, jesteś? - złapała za klamkę Sara. Drzwi otworzyły się z impetem, że prawie się przewróciła. - Jak to? Pusto. - Strach zagościł w oczach obojga. 


- Pusto – Frydman spojrzał z przerażeniem na córkę. 


- Pójdę na górę, może zaszła do któregoś z pokoi dzieci. - Ruszyła na górę. 

Po przeszukaniu wszystkich pokoi, skierowała się na podwórze, nic nie mówiąc ojcu, który zatroskany siedział przy kuchennym stole.

Obeszła podwórze, pobiegła do sąsiadki. Po dziesięciu minutach wróciła. 


- Mamy nigdzie nie ma - spojrzała na ojca. - Tato, mamy nigdzie nie ma! - krzyknęła. - Trzeba zadzwonić na policję, zgłosić zaginięcie i........ - zagryzła wargę, nie wiedziała, czy ma powiedzieć ojcu to, co zobaczyła na zewnątrz, czy lepiej oszczędzić jego słabe serce, które już raz odmówiło mu posłuszeństwa. 

- I?......co jest Saro?....mów! – krzyknął na córkę, przyprawiając ją o gęsią skórkę. 


- I..... - przełknęła ślinę. - Zobacz sam....... - powiedziała ze łzami w oczach. 

Narzucili płaszcze i wyszli na zewnątrz. Przeszli do północnej części domu. Tej, która przylegała do wypielęgnowanego ręką Zeldy ogrodu. Jej dumy i pochłaniającego większość czasu zajęcia. Na ścianie wielkimi literami, czarnym sprayem widniał napis: Juifs à l'extérieur! (Żydzi precz!).


Frydmanowi łzy stanęły w oczach. Nigdy nie myślał, że doczeka takich czasów, że dożyje takich okropności. Jakby ktoś wziął do ręki kroniki historii i przewertował wszystko do początku. Ostatnie wydarzenia w Paryżu były głośnym sygnałem, że dzieje się coś niedobrego. Ataki terrorystyczne spowodowały, że ludzie zerkali na siebie niepewnie za każdym razem, gdy stawali w kolejkach do metra, czy nawet przed stoiskami z prasą codzienną. Nagłówki czarno – białych gazet krzyczały głosem prezydenta Francois Hollande. Że jesteśmy silni, że się nie ugniemy, że zareagujemy, że się nie damy. Zło zaczęło kiełkować na świecie, któremu zaufał po raz drugi. Już raz dał szansę światu i ludziom. Zaufanie, które budował latami, spokój, który stał się jego fundamentem został zburzony wraz z nadejściem zła. Tych okropności. Myśli powędrowały w przeszłość, która została uśpiona i jej demony obudziły się na nowo. Serce kroiło mu się na kawałki. W W tej samej chwili ciemność ogarnęła jego umysł. Czyżby znowu położył się spać?





Źródło: Internet.


***
Church of Saint-Leu-Saint-Gilles był stosunkowo daleko od ich dzielnicy. W drodze do niego można zajrzeć do Le Centre Pompidou. Muzeum sztuki współczesnej. Często tam zaglądali. Zmuszał ich nie tylko kierunek studiów, ale przede wszystkim miłość do sztuki nowoczesnej. Wrażenie robi już sam budynek. Sztuka, której nie da się od tak – pstryknięciem palców powielić. Bo to sztuka napisana przez czas.

Aurelia stała tuż obok przyjaciółki. Ich głosy wznosiły się tuż pod kopułę kościoła, a wpatrzone w ich twarze przybyłych na dzisiejszy koncert wiernych wyrażały tylko same zatroskanie. O czym myśleli ci obcy ludzie? Może wspominali bliskich, którzy odeszli, może tych, co opuścili w ostatnim czasie Francję i tułają się po świecie w poszukiwaniu bardziej spokojnego kawałka ziemi? Po ostatnich atakach wielu ludzi wyjechało. 

Aurelia błądziła wzrokiem. Zarówno ona, jak i Marta bardzo przeżywały każdy jeden występ. Ale zamiast na przyjaciółkę spojrzała na Clauda. Chłopak, jakby wyczuł jej wzrok i ich spojrzenia w tym momencie się ze sobą skrzyżowały. Uśmiechnęła się kącikiem ust. Wiedziała, że to kolejny sukces ich ledwo czteroosobowego zespołu. W dodatku zespołu, który nie używał podkładu muzycznego. Ich głosy tworzyły muzykę i śpiew jednocześnie. Cztery osoby czarowały tłumnie wpatrzone oczy. 

Aurelia często się zastanawiała, do jakich granic musieli dojść, by znaleźć się na tym padole i zgrać głosami, tworzyć muzykę bliską jej sercu. Na pewno były to wydarzenia sprzed roku, kiedy to w biały dzień zamordowano kilku dziennikarzy. Od tego momentu coś w nich pękło. Nie umieli już zaufać człowiekowi, a tym bardziej Bogu. To, co zazwyczaj było oczywiste, spaliło się wraz ze łzami i smutkiem. Strach przejął władzę nas społeczeństwem. Stawał się im bliski. Od wtedy przestali wierzyć w cuda, przestali wierzyć w coś, co rzekomo zapisywało im los w księgach życia. Jak łatwo można przerwać nić. Tylko ich nić była już bardzo cienka. Wiedzieli natomiast, że nie mogą zaprzestać tego, co robili do wtedy. Muszą śpiewać, bo tylko to koi strach, wewnętrzny bunt i miliony znaków zapytania. To śpiew tulił ich w ramionach i dawał chwilowe poczucie bezpieczeństwa, a słuchaczom iskierkę nadziei. 

Sami wybierali miejsca koncertów. Zazwyczaj były to domy spokojnej starości, hospicja, domy dziecka, które po każdym zakończonym koncercie wyciągały do nich rączki i nieśmiało pytały, czy mogą z nimi pójść, czy je zabiorą. Te które stały zawstydzone w kącie podchodziły i ciągnęły ich za rękawy i pytały, czy zostaną ich rodzicami. 

Dzisiaj, jak nigdy dotąd śpiewali w normalnym katolickim kościele. Tuż po zamachach zadzwonił do nich proboszcz i zapytał, czy są bardzo konserwatywni, by nie móc wbrew swoim światopoglądom zaśpiewać u niego w kościele, tuż po niedzielnej mszy. Aurelia pomyślała, że to byłaby może dla nich szansa na odbudowanie pewnych relacji. Może byłaby to próba odbudowy zaufania do samego siebie, do własnych przekonań, a wreszcie może byłaby to próba odnalezienia własnego „ja” i ponownego zbratania się z Bogiem. Czy miała taką nadzieję? Raczej nie. 


- Czego się boisz? - zapytała Martę, gdy zostały same w pokoju, tuż po telefonie od księdza. 


- Niczego – bez przekonania odpowiedziała przyjaciółka. - No może tylko jednego. 

Aurelia spojrzała na dziewczynę pytająco. 


- Tego, że jak tam będziemy, to może się coś stać. 


- Przestań. Nie możesz tak myśleć. Przecież nie możemy dać się zwariować. - Stanęła naprzeciw przyjaciółki patrząc jej prosto w oczy. - Jeśli ma się cokolwiek stać, to gdziekolwiek będziemy i tak się stanie – chwyciła ją za rękę. - Daj spokój. Wiem, że się boisz, ja zresztą też. Ale.... musimy żyć dalej i przede wszystkim normalnie. 


- Zapewne, ale widzisz.... 


- Domyślam się co chcesz powiedzieć. Jak będziemy histeryzować, to możemy dostać nieźle w głowę. Zachowujmy się normalnie. Wiem, że jest trudno, ciężko, ale przynajmniej spróbujmy żyć. Po prostu - żyć. 

Marta spojrzała na nią niepewnie, ale zgodziła się. Teraz byli tam, gdzie nigdy by się spodziewali, albo i nie pomyśleli, że będą. Ostatnie dźwięki i...... . W odpowiedzi otrzymali gorące brawa, owacje na stojąco, zdał się słyszeć nawet szloch gdzieś w tłumie. 


- Dziękuję pani Aurelio. - Proboszcz podszedł i uścisnął jej dłoń. - Dziękuję, że zdecydowaliście się stanąć w takim miejscu, jak kościół katolicki w tym trudnym dla wszystkich czasie. Za chwilkę proszę na plebanię, na słodki poczęstunek, jako gest podziękowania. 


- Dziękujemy proszę księdza. Ale nie trzeba... 


- Trzeba, trzeba. Idźcie do zakrystii. Zaraz przyjdę. 

Podziękował im oficjalnie, wypowiadając słowa o tolerancji dla innych wyznań. Tak, owszem było wiele innych zespołów katolickich, które można było zaprosić, ale on chciał wyjść do ludzi z przekonaniem, że innym religiom należy się szacunek, bo czasy niepewne i człowiek człowiekowi na wagę złota.

Chwilę potem rozsiedli się w piątkę przy okrągłym, dębowym stole. Ich czworo i on jeden. Po wystawieniu kawy i ciasta ksiądz wstał, niczym wódz i zaczął: 


- Kochani. Dziękowałem już pani Aurelii za to, że mimo wszystko się zjawiliście i tak pięknie zaśpiewaliście. Czego dowodem są owacje na stojąco. Widzieliście te iskierki w oczach ludzi. - Zamyślił się na kilka sekund. - Jednym słowem.... daliście im nadzieję. Na życie w zgodzie. Ze sobą, z drugim człowiekiem, ale przede wszystkim z Bogiem. 

Spojrzeli na siebie jeden po drugim. Claude na Martę, ta na Aurelię, a ona na Tobiasa. Ksiądz splótł ręce zakładając je na piersiach i kontynuował: 


- I za to, jeszcze raz serdecznie wam dziękuję, drogie dzieci. Bóg, bez względu na wyznanie, światopoglądy, czy nawet.... - nie zdążył dokończyć, bo Aurelia nie wytrzymała. Wstała, wymachnęła ręką w jego kierunku i powiedziała: 


- Proszę księdza, proszę się nie fatygować...... Bo my.... My jesteśmy ateistami. - Usiadła. Z wrażenia pot spłynął jej po skroni. 

Ksiądz się zapowietrzył, zaczerwienił i klapnął na krzesło. 


- Ale...jak to? - spojrzał na nich pytająco. - Wszyscy? 


- Tak. Wszyscy. - Tym razem odpowiedział mu Tobias. 

Widząc w jakim stanie jest Aurelia, wstali od stołu, grzecznie podziękowali za poczęstunek, którego i tak nie ruszyli, i wyszli. Cała czwórka, zostawiając księdza w pełnej konsternacji i zagubieniu.

Nie, to niemożliwe. Przecież musi w nich być, jakiś promyczek, jakiś tlący się węgielek. Przecież... Pustka w głowie, pustka w sercu. Nie, Boże, musisz mi dać siłę. Mam jeszcze tyle do zrobienia. Nie pozwól bym zwątpił, bym zatoczył się tuż nad przepaścią.

Tymczasem oni, w milczeniu przemierzali wąskie uliczki Le Marais. Każde ze swoimi myślami i ze swoim zagubieniem. Mieli wrażenie, że całe zło tego świata szło za nimi, łasiło się do nich, czasami zadziornie ich zaczepiało, ale bali się przyspieszyć. W końcu dotarli do mieszkania Marty i tam się pożegnali. Nie wszyscy. Trójka z nich poszła dalej, doprowadzając Tobiasa do domu, Claude zaproponował Aurelii kawę, u siebie: 


- Zapraszam. Nie daj się prosić. Widać, ze zmarzłaś, a poza tym.... musimy chyba porozmawiać o tym, co się stało. 


- Wiesz Claude, nie obraź się, ale nie mam najmniejszej ochoty o tym rozmawiać. Nie jest mi łatwo. Zrozum. 


- Rozumiem. I nadal się upieram na kawę i może seansik muzyczny? A, o tym....... to rzeczywiście sobie darujmy. Może to nie czas. Jeszcze..... - zapytał głęboko zaglądając w jej oczy. 


Ok. Na kawę daję się zaprosić. Nawet na seans muzyczny, ale..... jak masz coś słodkiego do kawy, to owszem. Z wrażenia chyba spadł mi cukier, jestem senna. 


- Wejdźmy! - sam nie wierzył, że udało mu się ją namówić. Wyraźnie poprawił mu się humor. 

Weszli. Tuż za rogiem czaiło się jednak zło. Jeszcze o tym nie wiedzieli, ale ono czekało. Było cierpliwe. W końcu przyjdzie na nie kolej.











niedziela, 10 stycznia 2016

Espace. Miejsca.






Trzask, a potem łaskotanie po policzku obudziło Zeldę w samym środku nocy. Otworzyła oczy. Spojrzała na zegarek. Pokazywał trzecią trzydzieści. Półmrok wypełniał pokój. Usiadła na łóżku. Serce biło jej jak oszalałe. Co zatem wyrwało ją ze snu? Sięgnęła po szklankę z wodą, stojącą tuż przy zegarku na nocnej szafce. Upiła łyk. Lekko poderwała się z łóżka i nałożyła szlafrok. Podeszła do okna. Spokój panował na podwórzu i wokół domu, tuż przy paryskiej Rue des Colonnes. Wpatrzona w gwieździste niebo, na którym księżyc rozświetlał swą poświatą coś wyrwało ją z zamyślenia. Nie wierzyła własnym oczom. W szybę delikatnie palcami stukał Joel. Jej ukochany. Uśmiechał się do niej. Kiwnęła mu i żwawym krokiem, ale na palcach, by nikt jej nie usłyszał, ruszyła do drzwi. Cicho nacisnęła klamkę. W holu nałożyła mokasyny, przekręciła klucz od drzwi wejściowych i nim je uchyliła, poprawiła mocno przyprószone siwizną włosy. Zanim jednak wyszła, wystawiła głowę i upewniła się, że Joel jeszcze stoi w miejscu, w którym go widziała. Był. Czekał na nią, uśmiechnięty, taki elegancki, pachnący najdroższymi perfumami, które czuć było z daleka. Wiedział jak się nosić. Zawsze dbał o siebie i swój wizerunek. Stanęła na progu. Ruszył ku niej. 



- Joel. Nareszcie jesteś. Już myślałam, że o mnie zapomniałeś, że już mnie nie...... - szepnęła z nutą rzewności w głosie. 


- Ci.....jestem najdroższa – przerwał jej, kładąc palec na ustach. - Jestem. Nigdy o tobie nie zapomniałem, zawsze pamiętam i pamiętać będę. Tylko teraz, musimy już iść – złapał ją za rękę i skierowali się do furtki. 


- Ale....może ja powinnam jakoś inaczej się ubrać, co? Joel? - chciała się cofnąć, gdy znaleźli się już na chodniku, przed domem. 


- Nie, nie....nie trzeba....Trzeba iść, bo oni...- przerwał i ściszył głos jeszcze o ton. - Bo oni, najdroższa mogą nas znaleźć i będą na pewno szukać – ścisnął jej dłoń jeszcze mocniej. - O tym pomyślimy później. A teraz chodźmy, mój papo czeka na nas. 

Zanim ruszyli, Zelda spojrzała jeszcze na dom, z którego przed chwilą wyszła. Wydawał jej się teraz taki obcy, pusty i obojętny. A potem poszli. Razem, trzymając się za rękę, a księżyc oświecał im drogę. 






Wyjątkowo niespokojnie spał tej nocy Frydman. Śniły mu się koszmary. Miał wrażenie, że słyszał jakieś głosy przez sen, ale powieki miał tak ciężkie, że nie chciało mu się ich otwierać. Teraz zaś czuł, że poranne słońce przedziera się w szczelinie między zasłonami. Otworzył, najpierw jedno, potem drugie oko. Nie mylił się. Ziewnął. Odwrócił głowę w stronę żony. Hm...Zelda już nie spała? Pewnie poszła zaparzyć kawkę. Jak zawsze o poranku.

Wstał, założył podomkę i ruszył do kuchni. 

- O, tatku, wstałeś już – słowa córki wyrwały go z zamyślenia. - A mama jeszcze śpi? Może to i dobrze, słyszałam, że któreś z was chodziło po pokoju w nocy. Mniemam, że to mamcia – spojrzała pytająco na ojca znad kubka z kawą. - Nie schodziłam na dół, bo byłam wykończona wczorajszym nawałem pracy, a potem kroki ustały, więc zapewne położyła się z powrotem. Tylko martwię się, bo zastałam drzwi wejściowe niedomknięte. Hm.....może Jonasz, jak wychodził do pracy nie zamknął dobrze. A ty, jak się czujesz, tatku? - zapytała z troską w oczach córka. 


- Jak to, śpi? Zeldy nie ma już w łóżku – zdziwił się Frydman. 


- No co ty, tatku?....może jest w łazience – i podeszli oboje pod drzwi łazienki. 


- Zeldo jesteś tam? - zapukał delikatnie. - Zeldo? 


- Mamuś, jesteś? - złapała za klamkę Sara. Drzwi otworzyły się z impetem, że prawie się przewróciła. - Jak to? Pusto. - Strach zagościł w oczach obojga. 


- Pusto – Frydman spojrzał z przerażeniem na córkę. 


- Pójdę na górę, może zaszła do któregoś z pokoi dzieci. - Ruszyła na górę. 

Po przeszukaniu wszystkich pokoi, skierowała się na podwórze, nic nie mówiąc ojcu, który zatroskany siedział przy kuchennym stole.

Obeszła podwórze, pobiegła do sąsiadki. Po dziesięciu minutach wróciła. 


- Mamy nigdzie nie ma - spojrzała na ojca. - Tato, mamy nigdzie nie ma! - krzyknęła. - Trzeba zadzwonić na policję, zgłosić zaginięcie i........ - zagryzła wargę, nie wiedziała, czy ma powiedzieć ojcu to, co zobaczyła na zewnątrz, czy lepiej oszczędzić jego słabe serce, które już raz odmówiło mu posłuszeństwa. 

- I?......co jest Saro?....mów! – krzyknął na córkę, przyprawiając ją o gęsią skórkę.

- I..... - przełknęła ślinę. - Zobacz sam....... - powiedziała ze łzami w oczach. Wyszli na zewnątrz. Przeszli do północnej części domu. Tej, która przylegała do wypielęgnowanego ręką Zeldy ogrodu. Jej dumy i pochłaniającego większość czasu zajęcia. Na ścianie wielkimi literami, czarnym sprayem widniał napis: Juifs à l'extérieur! (Żydzi precz!).

Frydmanowi łzy stanęły w oczach. Nigdy nie myślał, że doczeka takich czasów, że dożyje takich okropności. Jakby ktoś wziął do ręki kroniki historii i przewertował wszystko do początku. Ostatnie wydarzenia w Paryżu były głośnym sygnałem, że dzieje się coś niedobrego. Ataki terrorystyczne spowodowały, że ludzie zerkali na siebie niepewnie za każdym razem, gdy stawali w kolejkach do metra, czy nawet przed stoiskami z prasą codzienną. Nagłówki czarno – białych gazet krzyczały głosem prezydenta Francois Hollande. Że jesteśmy silni, że się nie ugniemy, że zareagujemy, że się nie damy. Zło zaczęło kiełkować na świecie, któremu zaufał po raz drugi. Już raz dał szansę światu i ludziom. Zaufanie, które budował latami, spokój, który stał się jego fundamentem został zburzony wraz z nadejściem zła. Tych okropności. Myśli powędrowały w przeszłość, która została uśpiona i jej demony obudziły się na nowo. Serce kroiło mu się na kawałki. W tej samej chwili ciemność ogarnęła jego umysł. Czyżby znowu położył się spać?







środa, 6 stycznia 2016

Trzyma, trzyma.....



....mróz, rzecz jasna i co przygnębiające, nie zamierza tak szybko odpuścić. Pogodynki zapowiadały, że odwilż, że cieplej, a ja pytam kiedy?


















Taka moja natura, ciepłoluba. Podziwiam zagorzałych Morsów. Jej, ja bym chyba w sople lodu się zamieniła. Ponoć zdrowo, ale jak dla mnie stanowczo za zimno. Nie mam nic przeciwko zimie, ale dobrze by było, gdyby tak do tych -5 stopni. Cóż za pobożne życzenia. Ech.....

Pamiętacie o dokarmianiu? Ja tak, ziareczka codziennie uzupełniam, razem z suchymi okruszkami chlebka. Apropo chleba! Gabrysiu masz taki wspaniały przepis. Ale jakbyś miała jeszcze prostszy i szybszy, to by było coś ;)


  



Żyję w Borach Tucholskich. Fakt, piękne okolice, miejsce do życia. Ale, jak słusznie Gabrysia zauważyła - wszędzie przestrzenie i daleko, nawet do samego centrum, czyli do miasta Tucholi. Bo mieszkam tu od zawsze, czyli w gminie Kęsowo. Historia okolic ciekawa. Kiedyś napiszę Wam, z jakiej konkretnie wsi pochodzę i o jej "Pomniku Polskości", za który przypłacił życiem człowiek - duchowny naszej parafii. Czasy i dzieje odległe.....

Widoki Ci u nas krzepiące oko i duszę. Zima, zima, ale możecie sobie wyobrazić, jak pięknie jest tutaj wiosną i latem, gdy przyroda budzi się i bucha kolorami. Ech....zatęskniłam za tym. A kto mi zabroni? Niech cieszy i Wasze oczęta :)






















To zaledwie 1/100 tego, co posiadam. Takich zdjęć Ci u mnie setki.

Trzymajcie się cieplutko :)